Alveo w pogotowiu - reumatyzm

Alveo w pogotowiu - reumatyzm

Zuzanna Zawadzka z Radomia prowadzi rodzinne pogotowie opiekuńcze. W tej wymagającej poświęceń, cierpliwości i energii pracy wspiera ją cała rodzina i Alveo. Do Zawadzkich trafiają dzieci, których rodzice nie spełniają siew tej roli, a o przyszłym życiu rodzin decyduje sąd. Tutaj najmłodsi znajdują schronienie na maksimum rok. W trudnych, a właściwie tragicznych sytuacjach dowiadują się, że na świecie istnieje miłość, zgoda, wzajemny szacunek. Zuzanna traktuje swoje zajęcie nie jak pracę, ale jak posługę. Bo życie nie jest po to, aby mieć je tylko dla siebie, ale po to, aby umieć je ofiarować innym. Żyje według stów Seneki: „Człowiek jest tyle wart, ile może dać drugiemu. Trzeba, żebyś żył dla innych, jeśli chcesz żyć dla siebie".


Zawadzcy mają piękny, duży dom z pokojami dla dzieci, ogródek, w którym najmłodsi mogą się bawić, a nawet boisko do gry w piłkę nożną na kawałku ziemi sąsiada. Decyzja o prowadzeniu rodzinnego pogotowia opiekuńczego zapadła 6 lat temu, a od 5 lat w domu Zawadzkich goszczą najmłodsi, którzy czekają, aż dorośli uregulują ich los. U Zawadzkich przebywają dzieci od noworodka do 10. roku życia, czasami starsze. Przekazuje je pod ich opiekę - która ma trwać nie dłużej niż rok -sąd. Zdarza się, że przywozi je policja. Z każdym wychowankiem trzeba się wcześniej czy później pożegnać. Są tacy, którzy wracają do swoich biologicznych rodzin, znacznie częściej jednak dzieciom znajduje się rodzinę adopcyjną. Zuzanna zamieniła pracę wśród ludzi, na standardowym etacie na pracę w domu, przy dzieciach, które niejednokrotnie w wieku 4-5 lat mają za sobą więcej tragicznych przeżyć niż niejeden dorosły. Jej praca się nie zaczyna i nie kończy, nie ma tu przerw, wolnych weekendów, urlopów czy zwolnień lekarskich. -To bardziej posługa niż praca -wyjaśnia z uśmiechem Zuzanna. - Zajmowanie się dziećmi przynosi mi ogromną satysfakcję. Czasami jest ciężko, ale zostałam nauczona w domu, że nie żyje się dla siebie samego. Ofiarowanie siebie innym, potrzebującym daje radość nie do opisania. Mój mąż również jest nauczony pomocy i nigdy jej nikomu nie odmawiał.
Aby założyć rodzinny dom dziecka czy pogotowie opiekuńcze, należy spełniać określone warunki finansowe i mieć dom lub mieszkanie wystarczająco duże, aby dzieci znalazły w nim swoje miejsce. Trzeba tez przejść serię szkoleń, po których zostaje się pracownikiem MOPS-u. Najważniejsze jest jednak wielkie, pełne miłości serce.

Przyzwyczaić się do pożegnań

- Mamy trójkę własnych dzieci, z których dwoje już się usamodzielniło. Nawet nie wyobrażałam sobie, ze ich odejście z domu rodzinnego będzie dla nas takie trudne] Ktoś ze znajomych pytał nas, po co nam taki wielki dom. Przewidywał, ze będziemy się w nim w berka bawić. I w pewnym sensie miał rację, tyle, ze nie bawimy się z mężem sami - uśmiecha się Zuzanna. - Stwierdziłam, że nasz wielki dom musi komuś służyć i postanowiliśmy założyć rodzinny dom dziecka.
Zawadzcy są bardzo „rodzinną" rodziną. Ich dom zawsze pełen był ludzi - rodziny, przyjaciół, znajomych. Do wigilijnego stołu siada tutaj 35 osób! Dla Zuzanny pusty, cichy dom był nje do zniesienia. . Mimo wychowania trójkj dzieci wciąż miała mnóstwo energii i chęci, aby nadal spełniać swoją rolę.
- Miałam kontakt z domami dziecka od zawsze, w szkole uczyły się ze mną koleżanki z domu dziecka, w domu dziecka pracowała męża siostra. Poza tym braliśmy dzieci na święta czy na kilka dni wakacji - opowiada Zuzanna. - Mimo że chcieliśmy założyć rodzinny dom dziecka, w końcu stanęło na pogotowiu opiekuńczym. To był chyba palec Boży.
Z każdym dzieckiem trzeba się rozstać. Decyzją sądu najmłodsi wracają do swoich rodzin lub są kierowani do adopcji,
- Kiedy musiałam oddać pierwsze dziecko, a gościliśmy w domu już 29 dzieci przez ostatnie 5 lat, to był dla mnie szok. Nie mogłam dojść cjp siebie, bo w głowie mi się nie mieściło, że muszę oddać wzięte ze szpitala maleństwo, którym opiekowałam się ponad pół roku. Nie mogłam zasnąć, tylko płakałam i mówiłam mężowi, żęta kruszynka była przecież nasza i powinna z nami zostać. Wtedy do akcji wkroczył Marek Zawadzki.
Mąż nakrzyczał na mnie, że jestem zachłanna! Przecież Bóg dał mi własne dzieci, a ja chciałam innym odebrać szczęście. Powiedział stanowczo, że dzieci trzeba oddać młodszym rodzicom, niech i oni zaznają radości macierzyństwa i ojcostwa. Miał rację... Do dzisiaj jednak przeżywam każde odejście dziecka. Z rodzicami niektórych mamy nada! kontakt Wiem jednak, że naszą rolą jest opieka na krótki czas, zanim sytuacja się nie unormuje. A im bardziej dziecko się do nas przyzwyczai, tym trudniej mu będzie wejść w nową rodzinę lub wrócić do swojej, biologicznej.

Poświęcić siebie

Dzieci, które zabiera się nagle z ich środowiska, które są niepewne swojego dalszego losu, bywają trudne i nieufne, Trzeba naprawdę się poświęcić, aby uzmysłowić im, że nic im już nie grozi.
- Bardzo szybko się do nas przyzwyczajają, ale musimy mieć świadomość ich przeżyć. Zdarza się, że dziecko zostaje przywiezione późnym wieczorem przez policję. Trzeba włożyć wiele serca, aby otworzyło się, poczuło się bezpiecznie -mówi Zuzanna.
Dla wielu starszych podopiecznych dzień byt nocą, a noc czasem, w którym rodzice imprezowali. Są bardzo skryte. Są nauczone nic nie mówić.
- Dzieci bardzo szybko otwierają się na dobro - tłumaczy Zuzanna. Pojawiają się też i inne problemy.
Dzieci nauczone są głodówki. Kiedy widzą jedzenie, jedzą, ile mogą - opowiada Zuzanna. - To na początku jest szok - 4-!etnie dziecko potrafi zjeść 5 kotletów mielonych! Później zdarza się, że nie dobiega do łazienki. Pojawiają się rozstroje żołądka... Z czasem dzieci uczą się, że jedzenia im nie zabraknie i przestają wołać ciągle „am".

Kiedy przychodzi choroba

Praca przy dzieciach to zajęcie 24 godziny na dobę. Trzeba mieć sporo sity, w grę wchodzą tez ogromne emocje...
- Zaczęło się chodzenie do apteki po ziołowe leki. Zresztą zaczęłam chorować już wcześniej. Miałam problemy z reumatyzmem, kilka razy walczyłam
z anginą i grypą. Bratam sporo antybiotyków - wspomina Zuzanna. Człowiek przyzwyczaja się nawet do złych rzeczy, więc i Zuzanna stwierdziła, że tak już po prostu musi być.
- Wystarczyło, że mnie zawiało, czy zjadłam coś zimnego, a już pojawiała się choroba. Następnie bratam leki. Jesteśmy przyzwyczajeni do wiary w lekarzy
i w chemię. Nie zdajemy sobie sprawy, że przecież może być inaczej. Najgorsze jednak miato dopiero nadejść, Zuzanna, wciąż zajęta dziećmi, przechodziła grypę. Wkrótce pojawiły się poważne powikłania.
- Nie byłam w stanie chodzić o własnych siłach po domu, podnieść dziecka... Bolały mnie wszystkie stawy, nie mogłam w nocy spać. Maści pomagały, ale tylko na krótki czas. Poza tym pojawiły się guzy na strunach głosowych
i groziła mi operacja wycięcia potowy gardła! A jak wychowywać dzieci, nie mogąc nic do nich powiedzieć? Nie mogąc zaśpiewać im kołysanki? - opowiada Zuzanna. - Zawsze byłam towarzyska i pracowałam z ludźmi. Nie wyobrażałam sobie, że mogę przestać mówić! Lekarze nie dawali wiele szans na poprawę sytuacji. Zamiast tego pojawiło się mnóstwo leków.
- Zaczęłam mieć problemy z sercem, żołądkiem, wątrobą. Nie ruszałam się
z domu bez tabletek. Do tego wszystkiego byłam w fatalnym stanie psychicznym, Bałam się, co się stanie z dziećmi, byłam przerażona tym, że nie mam nawet sity chodzić po domu... Zawsze dbaliśmy
o dobrą kuchnię (jestem technologiem żywienia), ale mój organizm wyczerpany kuracjami antybiotykowymi i zanieczyszczony, przestawał sobie radzić Na domiar złego pojawiła się alergia i duszności takie, jak przy astmie.
Nie mogłam używać kremów, perfum. Samo wejście do salonu fryzjerskiego kończyło się opuchlizną oczu - mówi Zuzanna, - To byto straszne. Do tego potworny ból stawów. Czułam się tak, jakby mnie całą wykręcało! Najgorsze były noce trwające wieczność. Miałam wrażenie, że to już koniec życia. Zaczęłam popadać w depresję. Wszyscy wiemy, że kiedy nie ma zdrowia, nie ma radości życia. Wiara i pozytywne myślenie to dobre samopoczucie, ale moje zdrowie krzyczało o pomoc.

Zioła kontra leki

Zioła byty obecne u Zawadzkich zawsze.
- Babcia i mama zawsze stosowały zioła. Piołun na ból brzucha, a pokrzywa - taka zbierana z pola - pojawiała się codziennie. Jako dziecko nie byłam z tego powodu zbyt szczęśliwa, ale teraz mogę podziękować kobietom w mojej rodzinie za wyrobienie dobrych nawyków- opowiada Zuzanna. Co innego jednak szklanka naparu z ziół, które mogą wspomóc, a co innego obietnica poprawy stanu zdrowia zawarta w butelce Alveo.
- Nie wierzyłam, że jakaś butla ziół może być skuteczniejsza niż reklamówka leków. Myślałam, że skoro nawet lekarstwa mi nie pomagały, to jak ziółka miałyby sprawić cud? - wspomina Zuzanna. - Dzień 1 marca 2005 roku został wpisany w naszej pamięci na zawsze; tego dnia odwiedziła nas Marysia Ciszek z synem Łukaszem. To oni przynieśli
do naszego domu pierwszą butelkę Alveo, którą kupił dla mnie mój mąż w prezencie na Dzień Kobiet. Następnie sam przed wyjściem do pracy podawał preparat nieufnej żonie.
- Po dwóch tygodniach picia ekstraktu ziołowego wybrałam się na spotkanie, które prowadziła Celina Paszkowska i tam zdecydowałam, ze jest to wspaniały preparat dla mnie i mojej całej rodziny. Teraz już wiem, że spotkanie z Alveo to był jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu, po moim ślubie i narodzinach dzieci... Otrzymałam nowe życie! Od dwóch lat nie choruję, nie wzięłam żadnego antybiotyku, o czym ja mówię: żadnych leków - tej radości nie da się opisać!!!
Nie od razu jednak zrobiło się pięknie. Dolegliwości ustępowały powoli.

Tagi: alveo dom dziecka poswiecenie reportarz




Strona niezależnego Dystrybutora nie jest własnością firmy Akuna Polska Sp. z o.o., która nie
ponosi odpowiedzialności za informacje na niej podane.